Bye bye China

Po sześciu tygodniach spędzonych w Chinach przylecieliśmy do Kuala Lumpur.  Tutaj, gdzie prawie wszyscy znają przynajmniej podstawowe zwroty po angielsku, uderzyło nas jak totalny brak znajomości tego języka był problemem w Chinach.

Przewodniki obiecywały, że w bardzo turystycznym Guilin miejscowa ludność wyróżnia się znajomością wspólnej mowy :). Nie kłamały, w tym regionie rzeczywiście miejscowi nie mówili do nas jak zwykle po chińsku, ale po angielsku. Szkoda tylko, że znali tylko jedno słowo: „hello”

Standardowa wypowiedź wyglądała mniej więcej tak: „Hello, hello, hello, hello”, co mogło znaczyć,  w zależności od kontekstu, intonacji i gestykulacji np.: „Kup moje bransoletki”, „tędy dojedziecie do przystani”, „moje owoce są bardzo smaczne” albo  (w autobusie) „tutaj jest wolne miejsce”.

Angielskie napisy pojawiały się tam, gdzie już absolutnie musiały,  czyli np. tablicach informacyjnych,  szyldach czy opakowaniach produktów. Nie przesadzimy, jeśli napiszemy, że większość z nich zawierała błędy. Niektóre były zabawne, mniej znaczące, a inne sprawiały, że komunikat był niezrozumiały. Poniżej nasze ulubione.

Hongkong, czyli Londyn Azji

Przyjeżdżając do Hongkongu jednocześnie opuściliśmy Chiny oraz w nich zostaliśmy :) Formalnie udając się do Hongkongu wyjeżdża się z Chin (wiza jednowjazdowa traci ważność), pomimo tego, że jest to specjalny region administracyjny ChRL. Hongkong ma odrębną walutę, ruch lewostronny, inne gniazdka elektryczne, a angielski jest w powszechnym użyciu. Do tego można spotkać yuppies oraz Hindusów naganiających do sklepów. Wszystko to sprawia, że Hongkong bardzo przypomina nam Londyn.

Z drugiej jednak stron wciąż  jest zamieszkały w 95% przez Chińczyków.

Hk 18

Ze względu na niewielką powierznię Hongkong może rosnąć już tylko w górę. Dlatego architektura miasta jest wyjątkowa – wiele budynków ma po kilka metrów szerokości i jednocześnie kilkadziesiąt pięter, a nieruchomości osiągają absurdalnie wysokie ceny. Całe centrum miasta jest ciasno wypełnione biurowcami oraz luksusowymi sklepami. Największe marki mają tu dziesiątki (a niektóre setki) punktów sprzedaży.  Podczas 15 minutowego spaceru wzdłuż Nathan Road można spotkać 7 sklepów najpopularniejszej tu i bardzo drogiej sieci jubilerskiej Chow Tai Fook. Jeśli kiedyś będziemy chcieli kupić sobie Rolexa, na pewno przyjedziemy tutaj ;)

Pomimo że miasto jest bardzo drogie, jego zwiedzanie nie musi prowadzić do bankructwa. Chińczycy przyzwyczaili nas, że bilety wstępu trzeba kupić dosłownie wszędzie,  a tu zaskoczenie – większość atrakcji jest darmowa (muzea, zoo, parki, etc., no i oczywiście panorama miasta) :)   Dwa dni, które tu spędziliśmy,  są wystarczające, aby poczuć niezwykły klimat miasta. Największe wrażenie zrobił na nas widok ze wzgórza,  na które można dotrzeć zabytkowym tramwajem, który    jedzie pod niewiarygodnie dużym kątem. W wolnej chwili polecamy też seans w kinie w Muzeum Kosmosu, gdzie obraz 3D wyświetlany jest nad głowami widzów we wnętrzu ogromnej kopuły, dając niesamowity efekt. Odwiedziliśmy targ kwiatów,  gdzie zobaczyliśmy sporą kolekcję mięsożernych potworów, ptasi targ, gdzie można kupić sobie nawet tukana i giełdę elektroniki, gdzie jak się okazało,  można kupić wszystko.

 

 

W nieszczęśliwym wypadku umarł nasz przewodnik (czytnik Kindle, na którym mieliśmy wszystkie Lonely Planet i inne książki na resztę podróży). Nowy można kupić tylko przez Internet, a przy braku stałego adresu przez pół roku jest to problem. Jednak nie w Hongkongu,  tu z łatwością można od ręki kupić dowolny model. Mamy nadzieję,  że nasz nowy nabytek będzie służył dłużej.

 

W Hongkongu znajduje się najdłuższy na świecie ciąg schodów ruchomych, mający 800 metrów długości. Mieszkańcy tego miasta generalnie bardzo lubią schody ruchome ze względu na duże różnice wysokości na wyspie. Słynne schody są już mocno przechodzone i nie prezentują się najlepiej na zdjęciu, więc zamieszczamy foto najkrótszych, jakie znaleźliśmy :)

Schody

Chiny. Guilin i Yangshuo

Naszym ostatnim dłuższym przystankiem w Chinach było Guilin oraz Yangshuo.  Dzięki niesamowitemu krajobrazowi, miasta te są jedną z najbardziej pożądanych destynacji podróżujących Chińczyków.Miejsce, które można zobaczyć podczas spływu rzeką Li zostało nawet uwiecznione na odwrocie banknotu 20 juanowego. Wyjątkowe formacje skalne, leniwie wijące się rzeki, jaskinie, tarasy ryżowe tworzą widok, który w przewodnikach reklamowany jest jako bajkowy. Nas niestety ta bajka nie urzekła. Zastanawialiśmy się co Chińczycy mogliby zrobić, żeby uczynić krajobraz mniej atrakcyjnym. Nowe budynki stawiane są bez ładu i składu, burząc harmonię,  setki statków wycieczkowych i bambusowych tratw (które w rzeczywistości są metalowe i napędzane silnikiem spalinowym) tłoczą się na rzekach w walce o klienta. Na każdym kroku można znaleźć stragany z pamiątkami i kiczowate pokazy, np. taneczne show „autentyczne życie jaskiniowców”. Aby zobaczyć cokolwiek, naturalnie trzeba uiścić opłatę, np.: wstęp na pole ryżowe, aby zobaczyć stare drzewo lub pocztówkową skałę,  czy wstęp do wioski pobierany niczym średniowieczne myto. Na szczęście krajobraz jest tak piękny,  że broni się sam.

Tarasy ryżowe w okolicy uznawane są jedne z najpiękniejszych na świecie.  Pomimo tego, że ich zwiedzanie jest bardzo skomercjalizowane (bilety wstępu,  godziny otwarcia pola (!), ścieżki dla turystów i kolejka linowa ), tarasy robią naprawdę duże wrażenie.  Są nie tylko piękne,  ale wciąż praktyczne – uprawiany na nich ryż trafia do misek miejscowej ludności.

Ostatniego dnia w Guilin udaliśmy się do jaskini Reed Flute. Obawialiśmy się, że chiński (czyli kiczowaty) sposób prezentacji może przyćmić naturalne piękno form skalnych. Jednak ostatecznie byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Groty była ogromne i przepiękne, a to co zobaczyliśmy nie przypominało jaskiń jakie znaliśmy do tej pory, ale raczej plener dobrej imprezy psy trance’owej. :)

 

Następny przystanek Hongkong!